Prze!Tłumacze

Transpire – translate to inspire!

Nick Sweeney, Ostatnie koronki (tłum. A. Guzik)

Dla Magdy spacer po rodzinnych stronach to nie tylko podróż w przeszłość. Jakie wyzwanie przed nią stoi i co ma z tym wspólnego delikatna, stara koronka – ostatnia z asortymentu wuja Piotra? Nick Sweeney zaprasza w swoim opowiadaniu do niepokojącej powojennej rzeczywistości.

Nick Sweeney, Ostatnie koronki
(Tłumaczenie: Aleksandra Guzik)

To było zupełnie niespodziewane jak na tak spokojny dzień – podmuch wiatru poderwał kapelusz Magdy i ściągnął go z jej głowy. Wyciągnęła rękę, ale nie złapała go i zaklęła.

– Jesteśmy teraz na placu, Alicjo – powiedziała, nie mogąc się zdecydować, czy trzymać mocno córkę, czy schylić się po kapelusz, ale właśnie wtedy wiatr jeszcze raz się o niego upomniał i zdmuchnął go za róg.

W jej brzuchu zalęgła się pustka, która wzbierała niemal z wdziękiem – przesunęła się najpierw do piersi, potem osiadła w gardle, w ustach i nosie, aż w końcu wydostała się na zewnątrz i wsiąkła w powietrze. Magda przystanęła na chwilę, mrugając oczami i wypuściła z siebie oddech, który zdawał się trwać minutę, po czym ruszyła dalej.

Zerknęła na arkady we włoskim stylu i ukryte pośród nich okna, pilnując się, by nie zaglądać do środka. Już wcześniej próbowała w  kilku odnaleźć swój własny dom, jednak natknęła się wyłącznie na twarze zastygłe w niepokoju.

– Tu był sklep wuja Piotra – poinformowała Alicję. – Brata twojego dziadka. To był taki sklep z tym i tamtym, no, z takimi pierdółkami.

Oczami wyobraźni zobaczyła te wszystkie nitki, wełny i wstążki nawinięte na szpule, guziki we wszystkich kształtach, rozmiarach i kolorach, kartoniki z malutkimi haczykami, których zadaniem było przytrzymywanie damskiej bielizny, no i koronkę, kilometry koronki. Piotr świadczył usługi krawieckie pulchnym kobietom, uznając ich zauroczenie weselami, szkolnymi przedstawieniami, przyjęciami czy pogrzebami, na które trzeba było się przygotować i przemyśleć wszelakie błahostki i falbanki, za głupotę nabytą w podeszłym wieku. Jej ojciec zawsze powtarzał, że pracując w sklepie, Piotr sam zmienił się w taką podstarzałą kobietę – wysłuchiwał niekończących się plotek, a na te wszystkie dramaty otwierał szeroko oczy i zaokrąglał usta w literkę „O”.

– Zniknął podczas wojny – powiedziała Magda. – Zabrali go gdzieś na tyłach ciężarówki i już nigdy nie wrócił.

Jej ojca spotkał lepszy los, nawet jeśli stało się na ich oczach. Inteligencja miasta została powieszona na placu tylko dlatego, że zasiadała w zarządach, ustanawiała prawa przewozowe i organizowała bale przebierańców i światełka na Boże Narodzenie.

– A jednak nie byli wystarczająco inteligentni, żeby stąd spieprzyć – usłyszała pewnego kawiarnianego nieroba jakoś niedługo po wojnie. Spojrzała na niego, nie będąc w stanie wydusić ani słowa. Jeszcze tego samego dnia szukała go w tej kawiarni, przeczesywała wzrokiem nieruchome przedmioty i twarze, chwytała za włosy obce głowy i podnosiła je znad stołów, ale nie znalazła go. Splunęłaby mu prosto w oczy, a byłaby to i tak litościwa zemsta na człowieku, który nie robił nic w swoim życiu oprócz siedzenia w kawiarni i wygłaszania niekulturalnych spostrzeżeń.

Na placu matka zakryła dłońmi jej oczy, ale Magdzie nigdy nie udało się zapomnieć miarowego skrzypienia, jakie wydawała zapadnia – najgłośniejszego dźwięku w tym milczącym, odległym dniu.

– Tak było lepiej – uznała, że powinna wytłumaczyć to Alicji. – Przynajmniej wiedziałyśmy, nie musiałyśmy się zastanawiać, czy ojciec nie leży w jakiejś dziurze gdzieś na wschodzie. Miałam tyle lat co ty teraz, byłam w wieku, kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Poprowadziła Alicję koło domu nazwanego „Pod syrenką”, gdzie kiedyś mieściła się pierwsza apteka w kraju i, przelotnie, główna siedziba tajnej policji w ostatnich dniach wojny. Na szczęście nie była tego świadoma, dopóki miejsce nie stało się kawiarnią „Klub Literata”. Kiedy była studentką, przychodziła tam podczas wakacji rozmawiać o filozofii i książkach, żeby poczuć, że jest młoda, ważna i oczytana.

– Tam poznałam twojego ojca – przypomniała Alicji. Próbowała wyobrazić sobie go takim, jakim był wtedy – w ciemnym garniturze i ekscentrycznym, dziwacznym krawacie, z włosami gładko zaczesanymi w modnym w tamtych czasach stylu – ale przed oczami miała tylko jego obraz z tego dnia, kiedy widziała go po raz ostatni: bladego, starego i skulonego, usiłującego odnaleźć jakiś ostateczny spokój.

– A tam stoi dom, gdzie wygłosili obwieszczenie – powiedziała. Skinęła głową w stronę kamienicy czynszowej, której fryz udekorowany był postaciami rzemieślników, ale tak naprawdę wcale nie pamiętała, czy to na pewno był ten dom. Nie wiedziała też, o które obwieszczenie jej chodziło: to wygłoszone przez któregoś z jej ludzi, mobilizujące do buntu i powstania, czy sił okupujących, które w ten sposób zmuszały mieszkańców do pracy.

Zaraz nad ich głowami była kobieta ubrana w przepiękne czerwienie i biele typowe dla strojów wschodnich województw. Lekko kołysała się z poręczy balkonu na cienkiej linie zakończonej pętlą schowaną gdzieś w jej szyi. Obróciła się powoli z jedną ręką nieznacznie uniesioną. Magda miała na sobie taki sam strój na procesji Bożego Ciała, w szkolnych przedstawieniach, w zespołach tanecznych. Ona też unosiła dłonie i się obracała. Odsunęła od siebie ten obraz, pochylając głowę, ale za chwilę zastąpił go widok dziecka zastygłego w drzwiach ze zdziwieniem wymalowanym w szeroko otwartych woskowych oczach. Nie czekając, aż to intensywne spojrzenie ją sparaliżuje, Magda pognała z Alicją ulicą, która prowadziła do świętego Romualda. Zatrzymała się pod drzwiami kościoła, niepewna, czy wejść do środka.

– Tu zostałaś ochrzczona – powiedziała Alicji. – Ja też i twój ojciec, i nasi rodzice. Pobraliśmy się też tutaj.

Mogła iść dalej, wrócić do miasta, które kiedyś nieświadomie tętniło życiem, ale zaczęła ją ogarniać panika – najpierw mały skurcz, który potem zaczął rosnąć, zacisnął się na jej klatce piersiowej, kiedy porównywała ruchome obrazy z jej pamięci i historii z tym, co działo się dookoła niej. Sięgnęła do kapelusza, żeby naciągnąć go sobie na oczy i ze złością stwierdziła, że przecież już go nie ma.

***

Alicja powiedziała do słuchawki, że nic nie widzi, a Magda warknęła „Co ty wygadujesz?” tak zjadliwie, że doprowadziła córkę do płaczu.

– Daj mi porozmawiać z tatusiem – ponagliła ją.

– Nie widzę go. – Zdawało się, że to jedyne, co Alicja była w stanie powiedzieć. – Nie słyszę go – improwizowała dzielnie, aż po drugiej stronie zapadła miażdżąca cisza.

W wiadomościach powiedzieli, że nikt nie może wjechać do miasta ani z niego wyjechać. Dwóch młodych żołnierzy w skafandrach kosmicznych zatrzymało Magdę na ostatniej blokadzie drogi, chcieli wiedzieć, jak udało jej się ominąć pozostałe. Magda musiała więc im pokazać, musiała ich zastrzelić ze starego rewolweru, którego jej ojciec nigdy nie użył, bo ufał mocy słów – tylko po to, by wcisnęli mu je z powrotem do gardła przy pomocy liny.

– Jestem w tym wieku – wytłumaczyła jednemu z astronautów spowita ciężką chmurą dymu unoszącą się dookoła niej – kiedy niektórych rzeczy nie trzeba rozumieć, po prostu trzeba je zrobić.

Stała tam przez chwilę, po czym wsiadła z powrotem do samochodu. Spojrzała na iglice kościelnych wieży swojego miasta i, kawałek na wschód, tlące się ruiny dogasających wież i kominów elektrowni – pierwszej takiej w kraju, zbudowanej przez i dla ludzi jeszcze w tych dniach, kiedy rozpoczynali pełen optymizmu marsz w stronę rozświetlonej nocy dwudziestego wieku. Teraz, zaduszając miasto kłębowiskiem pyłu, dymu i trucizny, elektrownia przywracała ciemność.

***

Magda przeniosła Alicję przez tę część średniowiecznej ściany miasta, która służyła za bramę cmentarza. Starała się zignorować świeżo wykopane doły, zerknęła tylko na ich groteskowego strażnika, martwego astronautę ustawionego pionowo przy swojej łopacie – był jeszcze dzieckiem. Nie przyglądała się ani ciężarówce z otwartym nadwoziem, ani jej nadzwyczajnemu ładunkowi: kolejny młody astronauta leżał sztywny w  kabinie z licznikiem Geigera na kolanach tykającym tak pospiesznie, że brzmiał on raczej jak mruczenie jakiegoś drapieżnego kota.

Na szczycie rodzinnego grobowca także był chłopiec, biały anioł z kamienia, pełen wdzięku nawet z brakującym nosem. Wyznaczał najwyższy punkt cmentarza. Magda zaprowadziła Alicję na wzniesienie.

– Bądź dobrą dziewczynką i poczekaj tutaj – poinstruowała ją, wzięła łopatę i zaczęła kopać. Skończyła pracę jakieś czterdzieści minut później, kiedy Alicja – owinięta w zestarzałą, żółtawą koronkę, ostatnią z asortymentu wuja Piotra – została zakryta ostatnią garścią ziemi.

Magda nigdy nie była skora do płaczu, ale coś jej mówiło, że tym razem mogła płakać, jeśli tylko chciała. Przeciągnęła się i usiadła na grobie, znów ujrzała kościelne wieże i szczyty kamienic czynszowych na placu. To było ich renesansowe miasto położone na obrzeżach barbarzyńskiego wschodu i dorastając tam, nigdy nie mieli wątpliwości, że byli ostatnim bastionem światłej cywilizacji.

Spojrzała na wyblakłą tarczę swojego zegarka, ale musiała zgadywać, że jest około południa. I rzeczywiście, w tym momencie dzwony na wieży kościelnej zaczęły dzwonić. To była zagadka, nad którą z przyjemnością mogła się zastanowić w mieście rozciągającym się przed jej oczami – pełnym światła i kolorów, ruchów i odgłosów; błyszczącym nieznośną jasnością, która odbiła się od jej zegarka i zaczęła niknąć.

KONIEC

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: