Prze!Tłumacze

Transpire – translate to inspire!

Gareth Spark, Śnieg, niebo i sosny (tłum. A. Guzik)

Wiosna już za rogiem, ale opowiadanie Garetha Sparka, które dziś prezentujemy (tradycyjnie już we współpracy z portalem Polski Noir), przeniesie nas jeszcze na chwilę w zimowe klimaty, a dokładnie w pewne szczególnie śnieżne popołudnie. Co łączy mitologiczną Medeę i jednego z głównych bohaterów? Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach bardziej niż mróz, który osiadł na gałęziach sosen.

Gareth Spark, Śnieg, niebo i sosny
(Tłumaczenie: Aleksandra Guzik)

Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg – siedziałam w sali lekcyjnej i patrzyłam, jak mokre płatki uderzają w cienką szybę okna, po czym rozpadają się na drobinki lodu. Bębniłam gumową końcówką ołówka o obdrapaną nogę ławki: piętnastoletnia dziewczyna, która czuła, jakby była dwa razy starsza, obserwująca, jak podczas tej jednej lekcji dzień zdążył niemal dobiec końca, a niebo zaczęło powoli tracić swój blask. Sala lekcyjna była mała i śmierdziało w niej tanim dezodorantem, potem i kurzem. Próbowałam słuchać, jak pani Davies prowadzi lekcję o dramacie antycznym. Zerknęła na mnie i – być może dostrzegając mój nieobecny wyraz twarzy – spytała mnie o Medeę.

– Zabiła własne dzieci – powiedziałam, bo akurat to wiedziałam od dawna, to było coś, co utknęło gdzieś w odmętach moich snów, prawdopodobnie przemycone tam przez ojca, który sam był zbyt pochłonięty przez inny świat.

– Ale jak ona mogła? – zapytała pani Davies, odwracając się tyłem do klasy.

To właśnie w tym sennym momencie, kiedy zajęta byłam użalaniem się nad sobą, zauważyłam samochód. Najpierw zobaczyłam światła – przez koronkę śniegu szalejącego w zamieci na końcu drogi przezierał się dziwny pomarańczowy kolor, który zmienił się w dwa punkty przypominające rozbiegane oczy szaleńca, kiedy samochód nie mógł złapać przyczepności na mokrej drodze. Obserwowałam bez emocji, jak auto przedziera się przez błotnistą ulicę. Nie mogłam tego usłyszeć, ale czułam syk opon na roztapiającym się śniegu i lodzie. To wtedy zdałam sobie sprawę, że samochód należy do ojca. Moje odbicie w oknie zmarszczyło brwi. Nie widziałam go od ponad miesiąca, od półtora miesiąca. Na początku, po tym jak rozstał się z mamą sześć miesięcy wcześniej, odwiedzał nas regularnie, ale przestał, kiedy zeszła się z tym nowym facetem. Może nie mógł tego znieść – widzieć ją z kimś innym, chociaż to przecież on miał romans. Wciąż nie wiem, co skłaniało go do robienia tego wszystkiego, co robił.

Obserwowałam, jak auto wpada w lekki poślizg na śniegu, jakby coś popchnęło je z tyłu, zanim silnik przestał pracować. To było rdzawe Volvo – wtedy już raczej wysłużone, ale pamiętam, że było dla niego symbolem sukcesu, którym chełpił się, póki jego szczęście nie wyparowało jak wczorajsze wino. Patrzyłam na masywną sylwetkę mojego ojca, kiedy podnosił się z siedzenia kierowcy – wyglądał, jakby miał na koncie więcej lat niż trzydzieści pięć. Włosy przycięte jak w wojsku zdążyły trochę odrosnąć i zauważyłam, że na brodzie miał nieschludny kilkudniowy zarost. Miał na sobie czarną kurtkę, do której od razu zaczęły się przyczepiać płatki śniegu, i parę niebieskich dżinsów, które wyglądały tak, jakby wcześniej przez dłuższy czas leżały zwinięte w kulkę. Poczułam wstyd, a potem wstyd, że byłam zawstydzona. Otaksował budynek szkoły spojrzeniem zawilgotniałych niebieskich oczu, podczas gdy wiatr rozdmuchiwał jego cienkie czarne włosy, odkrywając zmarszczki na czole. Położył rękę na masce samochodu, by złapać równowagę. W oddali za jego plecami samochody prześlizgiwały się po głównej drodze od miasteczka Pretsby w stronę mroźnej północy. Odwróciłam się w nadziei, że nie zauważył mnie w oknie. Nauczycielka stała przed tablicą, gryzmoląc niebieskim markerem jakieś greckie słowa. Dziewczyny siedzące za mną szepnęły do siebie coś o papierosach, odwróciłam się na moment i zerknęłam na nie, zanim mój wzrok powrócił za okno, które zaczynało pokrywać się parą. Nie widziałam już ojca, jedynie ślady butów na chodniku, które zostawił w zmrożonym śniegu – pod ciężarem świeżego opadu otwierały się jak rany. Uniosłam rękę, ale z początku nauczycielka mnie zignorowała.

– Proszę pani – powiedziałam.

Spojrzała znad swojego długiego nosa.

– Tak?

– Muszę iść do toalety.

Jeden z chłopaków siedzących przede mną parsknął i powiedział coś na ucho swojemu koledze.

– Lekcja prawie się skończyła, Beth, nie możesz wytrzymać tych pięciu minut?

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Ktoś mocno zapukał w okienko w drzwiach i pani Davies przeszła do nich przez salę i pociągnęła za klamkę, walcząc z ciężarem. Stał tam mój ojciec. Nawet z drugiego końca sali byłam w stanie wyczuć, że śmierdzi od niego whisky. Spróbował się uśmiechnąć, tak jak robił zawsze, gdy spotykał piękne kobiety, ale teraz jego odbarwione zęby psuły efekt i nauczycielka nieświadomie zrobiła kilka kroków w tył. Uniosła brew.

– W czym mogę pomóc?

– Jestem ojcem Beth, porucznik Heartfield. Przyjechałem, żeby ją stąd zabrać.

– Lekcje trwają jeszcze przez godzinę.

Ojciec zerknął na mnie. Pozostali uczniowie rozmawiali między sobą przyciszonymi głosami – komentowali to małe widowisko dnia, opowiadali żarty, kłamstwa, plotkowali. Ja nie mogłam oderwać wzroku od tego pijaczyny w drzwiach – pod tym uśmiechem i niemrawym drapaniem po głowie chowało się coś niewzruszonego, niemal złego.

– Chodzi o jej matkę – powiedział szybko, zawsze tak robił, kiedy chciał kogoś urobić. – Był wypadek, wie pani… – Zaczął szeptać. – Muszę ją stąd zabrać jak najszybciej, na pewno pani to rozumie.

Ktoś poruszył się za nim w drzwiach i zauważyłam mojego brata, Sandy’ego, miał płaszcz niedbale narzucony na ramiona, nawijał kosmyk czarnych włosów wokół kciuka. Patrzył na mnie swoimi wielkimi ciemnymi oczami, które nie zdradzały żadnych emocji. Jego plecak z Transformersami zwisał bezwładnie u jego boku zawieszony jedynie na zgiętym palcu. Zaczęłam pakować swoje rzeczy, kiedy nauczycielka odezwała się:

– Muszę zejść na dół do sekretariatu i to sprawdzić, czy mógłby pan poczekać na zewnątrz? – Odwróciła się go uczniów. – Przeczytajcie jeszcze raz początek rozdziału.

Wyprosiła mojego ojca na korytarz i zamknęła za sobą drzwi. Słyszałam, jak za drzwiami rozlega się jego dudniący głos, potem jej odpowiedź, a później miarowy stukot obcasów na lakierowanej posadzce. Kiedy kroki ucichły, drzwi znów stanęły otworem. Świecąca twarz mojego ojca pojawiła się na tle ciemności zewnętrznego świata.

– Beth – wychrypiał. – Chodź, idziemy stąd.

Miałam już spakowane rzeczy i czarny płaszcz naciągnięty na ramiona. Koledzy z mojej klasy zignorowali nas.

– Słucham? – spytałam jak kogoś obcego zgodnie ze zwyczajem, który ostatnio wszedł mi w nawyk.

– Wytłumaczę później, chodź już – powiedział, pospieszając mnie gestem.

– Gdzie twój zegarek? – spytałam, mając na myśli prezent, który dałam mu w ostatnie święta: tani zegarek ze stali.

– Zgubiłem. Chodź.

Przeszłam obok niego i wyszłam na drewniany korytarz pomalowany na jasnoróżowo. Ruszył za mną, trzymając mojego brata za rękę. Odwróciłam się.

– Wszystko w porządku, Sandy?

Pokiwał do mnie głową, w półmroku wiktoriańskiego korytarza twarz dziesięcioletniego dziecka niczego nie zdradzała, była pusta jak pierwsza, niezapisana jeszcze strona nowej książki.

– Oczywiście, że u niego wszystko w porządku – powiedział ojciec, mierzwiąc Sandy’emu włosy długą, chudą dłonią. – U nas wszystko spoko, co nie, młody? Weźmy już stąd wyjdźmy i wszystko będzie dobrze. Zaraz pojedziemy sobie spałaszować coś niezdrowego, co ty na to?

Gdzieś za nami otworzyły się drzwi i mój ojciec popchnął nas w kierunku ściany, a potem jakby wstrzymał oddech, zerkając nerwowo w stronę źródła dźwięku. To był nauczyciel plastyki, pan Fewster. Poszedł w drugim kierunku. Ojciec ścisnął moją rękę.

– Musimy się pospieszyć – powiedział.

– Coś jest nie tak – odezwałam się, czując się jak idiotka, że w ogóle muszę obwieszczać coś tak oczywistego. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął się – jego twarz wydawała się mroczna i wygłodniała w przyćmionym świetle.

– Wszystko jest dobrze. – Jego głos brzmiał ciężko w dusznym powietrzu. – Po prostu musimy już stąd iść, ale nie chcę teraz mówić dlaczego. Chodźmy szybciej.

Stanęłam na szczycie niskich, ale szerokich schodów, które prowadziły do podwójnych drzwi – za nimi rozpościerał się biały świat.

– Coś jest nie tak – powiedziałam. – A ja chcę wiedzieć co.

– Beth, jestem twoim ojcem – odparł.

– Serio?

– Oczywiście, że jestem. Nie powinnaś do mnie tak mówić. Chodźmy stąd, zanim ta suka wróci, dokądkolwiek polazła. – Spojrzał na mnie błagalnie, wciąż kurczowo trzymając rękę mojego brata. – Wszystko ci wytłumaczę, obiecuję. Tak naprawdę to jeden z powodów, dla których musimy dziś razem jechać – bo chcę ci wszystko wytłumaczyć.

Wyszliśmy na zewnątrz i mroźne powietrze wdarło się do mojego gardła jak miniaturowy styczeń. Spomiędzy poszarpanych chmur wyzierał błękit nieba, a śnieg zmienił się w zagubione podmuchy, które przycisnęły się do moich policzków jak zimne dłonie. Spojrzałam na cichy budynek szkolny. Intuicja podpowiadała mi, że po tym dniu już nigdy nic nie miało być takie samo, że za legionami chmur, sunącymi po niebie, zbliżało się coś ciemnego – coś magnetycznego i zimnego, co już zawsze miało ścigać naszą trójkę.

Ojciec walczył przez chwilę z kluczykiem, kilka razy nie mogąc trafić nim do zamka, zupełnie jakby miał coś w oku, pyłek albo łzy – coś, co jeszcze bardziej ograniczało jego zdolność ostrego widzenia. Zaklął pod nosem, nim wreszcie udało mu się otworzyć drzwi. Sterta pustych puszek po piwie i opakowań po fastfoodach wypadła z samochodu na ziemię – ten kolorowy deszcz był pozostałością po jego nowym trybie życia. We wnętrzu unosił się zatęchły zapach niepranych ubrań.

– Wsiadaj – powiedział ojciec do Sandy’ego, pomagając mu się usadowić na tylnym siedzeniu i zapinając pas ciasno dookoła niego.

Od strony szkoły dobiegł nas trzask. Rozpoznałam pana Fellowa, nauczyciela wychowania fizycznego, i panią Davies – z hukiem otworzyli szklane drzwi i ruszyli biegiem w stronę samochodu. Ojciec wyprostował się i obserwował ich przez moment, a jego oddech opuścił ciężko pracujące płuca i uniósł się w powietrzu jako obłoczek, biały duszek, który spokojnie odpłynął w kierunku dwóch postaci w pośpiechu schodzących po schodach.

– Beth – powiedział. – Wsiadaj do wozu.

– Dokąd jedziemy? – spytałam, czując, że chcę z nim jechać i jednocześnie nie chcę zrobić czegoś równie głupiego jak to zniknięcie.

– Beth – powiedział, przenosząc na mnie spojrzenie swoich niebieskich oczu i wyciągnął rękę, żeby złapać mnie za ramię, jakby było czymś, co umierało i czego nie chciał zostawić.

Wiatr wprawiał w ruch przewody wiszące nad drogą. Szybko wspięłam się na miejsce pasażera, zrzucając pod nogi stertę papierów, które zaśmiecały siedzenie. Ojciec roześmiał się do siebie i biegiem okrążył samochód wokół oszronionej maski.

Jako pierwszy wyłożył się pan Fellows – jego długie, patykowate nogi ubrane w dres rozjeżdżały się na wszystkie strony na połaci grubego czarnego lodu, który rozciągał się na prawie cały podjazd szkoły. Instynkt kazał mu w trakcie lotu uchwycić się ramienia swojej koleżanki, w związku z czym pani Davies runęła zaraz za nim na rdzewiejącą poręcz. Jej podłużna twarz pozostała niewzruszona.

– Chryste – powiedział ojciec, trzęsącymi palcami przekręcając kluczyk w stacyjce Volva. Silnik zapalił i ojciec wycofał auto aż na sam koniec drogi. Raz na jakiś czas koła kręciły się niekontrolowanie w brudnym śniegu, nie mogąc złapać przyczepności na mokrym asfalcie. Wreszcie samochód wykręcił i wyjechał na drogę północną prowadzącą poza miasto.

Znów zaczął padać śnieg, a płatki zakleszczały się w artretycznych przednich wycieraczkach podobnie jak łzy pomiędzy rzęsami. Ojciec jechał ostrożnie, ale szybko. Kierowaliśmy się w stronę wyjazdu z miasta, mijaliśmy nieświadome istnienia pochwycone przez bursztynowy blask telewizorów, skryte za sznurkowymi zasłonami i zasuniętymi roletami. Mknęliśmy przez ulice społeczeństwa w stronę czarnych gór widniejących ponad północną linią horyzontu. Tego dnia, kiedy porwał nas ojciec, padał śnieg i przez ostatnie dziesięć lat wielu ludzi próbowało jakoś to wytłumaczyć – mnie, policji, czytelnikom gazet i niedzielnych dodatków, widzom telewizyjnych programów, Sandy’emu, mojej mamie. Nie sądzę, żeby ktokolwiek dobrze to wszystko rozumiał. Może nikt nigdy nie zrozumie.

Ojciec z trudnością odwrócił się na swoim siedzeniu, sprężyny zaskrzypiały pod jego ciężarem. Śmierdział alkoholem i potem, a twarz miał całą brudną.

– Wszystko w porządku, Sandy? – spytał, odwracając się lekko w stronę przedniej szyby, wciąż patrząc na drogę, która była cała biała, nie licząc dwóch czarnych śladów na samym środku szosy wyżłobionych przez opony. – Wiesz, kiedy ostatnio cię widziałem? – zapytał, po czym sam odpowiedział: – To był ten dzień, co? No, ale zapomnijmy o tym już, nie?

– Wszystko dobrze – powiedział Sandy cichutko, jego głos prawie zgubił się pośród ryku silnika i szumu, jaki wydawały opony sunące po śniegu. Bawił się zamkiem błyskawicznym przy swoim plecaku – rozpinał go kawałek, po czym zapinał z powrotem zdecydowanym ruchem tylko po to, żeby po chwili zacząć od nowa.

– No jasne, że dobrze – powiedział ojciec, ustawiając lusterko wsteczne, i zjechał z głównej drogi na podrzędną, która prowadziła za miasto. Teraz dookoła było mniej domów, a na linii horyzontu rozrzucone były rzędy czarnych drzew przyczajonych jak zapomniana armia, ciemnych na tle bieli świata. – Wyrwałeś się ze szkoły i masz wolne popołudnie, co? Jezu, kto by się nie cieszył na te wszystkie atrakcje, które zaplanowałem, no nie?

Było coś piskliwego i niepokojącego w jego głosie. Przypomniał mi się człowiek, którego kiedyś po wypadku wyciągali na moich oczach z samochodu – młody mężczyzna, z jego pokrytej krwawą maską twarzy wydobywał się głos z tak samo wysoką nutą, wypalając każde słowo jak ogień uwolniony z otworu wylotowego krematorium. Może to był strach, a może odgłos, jaki wydobywa się z człowieka nieświadomie – kiedy jest się zranionym tak bardzo, że twój własny głos jest jakby obcy.

Spojrzałam przez okno – zdążyło pokryć się parą, więc wytarłam część szyby grzbietem dłoni. Świat był wymarły i głęboki jak staw z grubą warstwą lodu, przez którą próbowałam coś dojrzeć, ale za tą mroźną barierą pojawiały się jedynie przebłyski życia. Jakieś dziwne uczucie promieniowało na całe moje ciało – zaczynało się gdzieś przy pępku i szło aż do mrowiących palców. Powiedziałam do siebie stanowczo, że to po prostu kolejny dzień, zwykła przejażdżka samochodem z tatą, że wszystko jest z nim w porządku, że wcale – pierwszy raz – się go nie bałam, tak jak bała się go moja matka.

Na lusterku wstecznym zawiesił tani różaniec, który podskakiwał gwałtownie zgodnie z rytmem drogi. Ojciec wyciągnął rękę, przytrzymał go między kciukiem a palcem wskazującym, żeby go unieruchomić, po czym puścił.

– Mówiłeś coś o mamie – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, jakby to miało powstrzymać mój głos przed drżeniem.

– Co mówiłem?

– Powiedziałeś nauczycielce, że miała wypadek czy coś. Słyszałam, jak mówisz, że musimy do niej jechać. To prawda?

Widziałam, że jego jasne oczy błysnęły w zatłuszczonym lusterku, potem zerknął na mnie.

– Cóż – powiedział, sięgając do tylnej kieszeni płaszcza, żeby wyciągnąć srebrną piersiówkę, którą odkręcił jedną ręką. – Czasami trzeba mówić różne rzeczy, wiesz? Żeby dostać to, czego potrzebujesz. Tak działa ten świat, ale nie musisz się już niczym martwić. W każdym razie, rozmawiałem z waszą matką.

– Myślałam, że z tobą nie rozmawia? – powiedziałam cicho, pstrykając niemrawo w klamkę.

– No tym razem musiała.

– Ale jej się to nie podobało.

– A kogo obchodzi, co ona myśli, teraz to i tak nie ma znaczenia.

Pociągnął głęboki łyk z flaszki i zatrzymał samochód na szczycie wzgórza. Miasteczko Pretsby rozpościerało się przed nami, wypchnięte w stronę Morza Północnego, jak gdyby ziemia próbowała je utopić. Budynki były ciemne jak mokre skały poniżej nieba tak płaskiego i tak grubego jak stary chleb. Gdzieś w oddali morze próbowało pożreć klify piaskowcowe, wydając odgłos podobny do trzasku pioruna. Daleko pod nami budziły się do życia pierwsze uliczne światła – przyćmione czerwienie i biele zdawały się rozświetlać odrobinę tę zimową ponurość. Mój ojciec, nasz ojciec, wypatrywał w tym widoku czegoś, czego my z Sandym nie byliśmy w stanie dostrzec. Śnieg opadał miękko na zimną maskę samochodu i rozmazywał się na szybach. Ojciec bębnił palcami w kierownicę, jakby to było serce, które trzeba reanimować, i gorączkowo wpatrywał się na rozciągającą się w dole szarą drogę i sznur przednich reflektorów – przypominały mu o świecie, który miesiące temu pozostawił za sobą.

– Tato? – Sandy ziewnął. Słyszałam, jak burczy mu w brzuchu.

Ojciec znów napił się ze swojej piersiówki, tym razem był to duży łyk zakończony westchnięciem. – Tak, Sandy?

– Dokąd jedziemy?

Ojciec przeniósł wzrok z powrotem na śnieg, po czym uśmiechnął się szeroko w lusterku wstecznym, pokazując wszystkie zęby. – No – powiedział, pocierając nagle oczy – chyba czas się przekonać, co?

Znów odpalił samochód i ustawił koła prosto na pokryte mrokiem pobocze, po czym ruszył w stronę śniegu, nieba i sosen.

 

KONIEC

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: